Blog > Komentarze do wpisu
Jak dobrze mieć sąsiada
.. śpiewały kiedyś Alibabki. My mieliśmy do sąsiadów szczęście. Nasze pierwsze dwa mieszkania mieściły się w narożniku, na najwyższym piętrze bloku w związku z czym nikt nie stukał nam nad głową i dzieliliśmy ścianę tylko z jednym mieszkaniem. A zatem sąsiadów nie było.
Gdy urodziło się drugie dziecko mieszkaliśmy już na parterze niewielkiego bloku. Blok był spokojny, sąsiedzi kulturalni i życzliwi. Docenialiśmy ich obecność gdyż w bloku mieszkało kilkoro dzieci w tym samym przedziale wieku co Ania i Michał więc nie było kłopotu z towarzystwem do zabaw na trzepaku przed domem. Funkcjonowała sąsiedzka samopomoc. Z niektórymi byłymi sąsiadami utrzymujemy kontakt do dziś.
Kilka dni po zakupie domu w Melbourne zorientowaliśmy się, że na naszej ulicy rządzą George i Zac. George był naszym sąsiadem i rządził ludźmi , Zac rządził kotami i mieszkał niewiadomo gdzie.
Nie mieliśmy jeszcze prawa wstępu do zakupionego domu, ale George najpierw przebadał nas i widocznie badanie wypadło pozytywnie bo poinformował nas, że dom jest niezamieszkały w związku czym ogródek okropnie zarasta trawą więc on go będzie kosił co dwa tygodnie bo inaczej trawa tak wyrośnie, że kosiarka nie da rady.
Gdy się sprowadziliśmy dowiedzieliśmy się, że George żywi sympatię do Polaków gdyż walczył pod Tobrukiem i spotkał naszych rodaków gdy luzowali tam Australijczyków w sierpniu 1941 roku. Jego ulubionym Polakiem był król Jan III Sobieski. George i jego żona byli nam bardzo pomocni, czasem nawet za bardzo. Wszystko zmieniło się gdy postanowiliśmy podzielić naszą działkę na połowy i na tej drugiej wybudować nowy dom. George załomotał do naszych drzwi późno w nocy: nie macie prawa tego robić!  Poinformowałem go grzecznie, że jednak mamy.  George wynajął architekta i złożył każde możliwe zastrzeżenie do rady dzielnicy. Gdy budowa ruszyła włączyła się sąsiadka z drugiej strony. Całymi dniami stała przy płocie i zgłaszała pretensje do kierownika budowy oraz wzywała inspekcje budowlane. Stosunek George'a do nas stał się wrogi do tego stopnia, że musiałem napisać do niego list z poważnym ostrzeżeniem. Gdy budowa się skończyła stosunki z sąsiadami stały się chłodne, ale poprawne. Po śmierci George'a i jego żony ich dom odziedziczył ich syn i kilka miesięcy temu sprzedał go. Z niecierpliwością czekaliśmy co będzie dalej. Dwa podstawowe scenariusze to: kupią Chińczycy, zburzą stary dom i zbudują ogromną fortecę nie pozostawiając żadnego ogrodu. Będą żyli niewidocznie za zaciągnietymi zasłonami. Albo - właściciel podzieli działkę na dwie części i wybuduje dwa solidne domy, które kupią solidne małżeństwa profesjonalistów. Będą żyli niewidocznie spędzając całe dnie w pracy.
Stało się inaczej - dom został wynajęty. To nie była dobra wiadomość bo dom jest dość niskiego standardu, a więc wynajmie byle kto. Ponieważ jest to jednak dość droga lokalizacja to wynajmie kilka osób, aby koszty się rozłożyły. I tak się stało - wynajęła czwórka młodych Hindusów. Oni są nawet bardzo sympatyczni tylko bardzo głośni. Rozmawiają, śmieją się.. wszystko w granicach normy. Ale my słyszymy. Kilka dni temu usłyszeliśmy głośne śmiechy z ich ogrodu. Wyjrzałem przez okno...



No czyż to nie sympatyczne? Puszczają popularną muzykę. Nic okropnego, nie na cały regulator, ale my słyszymy. Kilka razy zwróciliśmy im uwagę, przeprosili, ściszyli. Ale nie na długo. Od czasu do czasu słyszałem dobiegające z ich garażu dziwne głuche stukanie. Bilard? Dwa dni temu wyszli z tym na światło dzienne - krykiet!! No to sprawa jest przegrana. Młodzi, weseli, piją piwo, grają w krykieta. Toż to sama kwintesencja australijskości. To są modelowi obywatele, a my jesteśmy stare przybłędy z niewiadomo kąd. Właśnie za takie przezwiska napisałem kiedyś ostrzegawczy list do George'a. Okazuje się, że miał rację. Koło fortuny wykonało pełen obrót.
środa, 22 lutego 2012, pharlap

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2012/02/22 08:45:03
Zawsze się zastanawiałam, czy na zawsze się pozostaje obcym? Jak długo trwa to "wchłanianie" i czy nie przytrafi się potem niespodziewanie - jak Panu - feedback w postaci obelgi? Czy, po prostu, konstatacji, że jednak się nie do końca pasuje do 'nowego' miejsca?
A z sąsiadami i hałasem to osobny problem. Nasi najbliżsi są w porządku, problemem są za to żule okoliczni, którzy się gromadzą wieczorami na podwórku, piją i wrzeszczą. Podwórko jest doskonale akustyczne, latem to masakra. Wzywam zawsze straż miejską, ale to nie do końca rozwiązuje problem (zanim przyjadą, czy w ogóle przyjadą, czy żule nie wrócą, itd.) Jednym słowem, ciepły sezon to dla mnie początek ogromnego stresu. Myślałam naiwnie, ze jak się ma domek, to problemu nie ma, ale widać niekoniecznie. Pozdrawiam
-
Gość: , 84.121.241.186.dyn.user.ono.com
2012/02/22 09:44:20
Co za barwna postać ten George, który rządził dzielnicą. Z sąsiadami mieliśmy nieraz przejścia jak z horroru, my ciche i spokojne małżeństwo z jednym wówczas dzieckiem. Najbardziej spektakularna była sąsiadka kopiąca mi w drzwi i wyzywająca od najgorszych, za to, że czasem słyszy bawiące się dziecko. Fakt, akustyka w bloku była straszna ale pani okazała się mieć problemy psychiczne. Po jednym telefonie, w którym grzecznie poprosiłam żeby się odczepiła gdyż jestem chora, moje dziecko też i nie mam siły z nia rozmawiać, zaczęło się to kopanie i wyzwiska, poprzedzone wcześniej regularnym waleniem nam w sufit tuż przed 22, następnie podstępnym zalewaniem nam kuchni przez jedną taką szczelinę, przez którą cała wylana woda spływała do nas wodospadem. Epizod z wyzwiskami zakończył się tak, że sprawę wziął w swoje ręce mój mąż, po moim telefonie zawrócił z drogi do pracy i udał się do pani w celu rozmowy. Pani wpuściła go, przystawiła mu pistolet do głowy mówiąc, że zaraz go zastrzeli, po czym zamknęła drzwi i wezwała policję, że niby mój mąż do niej wtargnął. Mąż również wezwał, przyjechały dwie ekipy i był to tak naprawdę dopiero początek zabawy. Sprawa ciągnęła się przez ponad rok, przez który prawie osiwiałam ze strachu i zgryzoty, kobieta nasyłała na nas dzielnicowego (dziecko płacze, znaczy rodzice je maltretują) itp. Wszystko skończyło się w sądzie, na rozprawie przeciwko niej, na której po pierwszym zdaniu czy podtrzymujemy oskarżenie, odrzekliśmy że nie, bo tak mieliśmy już dość. Od tej pory był spokój, pani odbyła leczenie psychiatryczne a sąd uświadomił jej, że ma za co być nam wdzięczna, bo pewny wyrok nad nią wisiał. My zaś na szczęście mieliśmy w perspektywie przeprowadzkę.

Ależ się rozpisałam, w nawiązaniu do pytania Agnieszki, przypomniało mi się jak mój były nauczyciel, Londyńczyk z urodzenia, mówił, że po dziesięciu latach mieszkania w Szkocji nadal jest tam obcy a kiedy wchodzi do baru milknął wszystkie rozmowy:)
Nawiasem mówiąc podwórko o którym pisała Agnieszka jest też moim podwórkiem, pozdrawiam AT (Caramba)

Po dziesięciu latach w Szkocji nadal są obcy
-
Gość: , 84.121.241.186.dyn.user.ono.com
2012/02/22 09:46:11
To ostatnie zdanie oczywiście miało być skasowane, poprawiłabym jeszcze to "milknął", kasując nieszczęsne ł. Pozdrawiam A.:)
-
2012/04/05 07:47:54
Ech, nie powiem byś mnie pocieszył... ;-) Może to kwestia perspektywy, ale myślę że i tak jesteście w lepszej sytuacji. Nam głośne sąsiedztwo wprawia ściany w wibracje. Niestety, wszelkie próby rozmów kończą się zatrzaśnięciem drzwi przed nosem.
O matuchno... Australia, moje wielkie zamorskie marzenie:-) Pozdrawiam serdecznie :-)