sobota, 19 maja 2012
A gdy się skończy czas leżakowania.
Moja działalność na blogu Panien Roztropnych stawia przede mną całkiem poważne wyzwania. Dzisiaj skoro świt pojechaliśmy wraz z Sylwią wykonać kolejne zamówienie. Celem wyprawy był cmentarz i winiarnia. Wbrew pozorom okazało się, że te miejsca mają ze sobą coś wspólnego.
Odwiedziliśmy dość ekskluzywną winiarnię, spróbowaliśmy win - Sylwia białych, ja tylko jednego, czerwonego - Polo Merlot rocznik 2009. Zachęcilo mnie to polo w nazwie - to aluzja do hobby jego lordowskiej mości, współwłaściciela winiarni - wyjaśniła obsługująca nas pani. Spróbowałem i zanim zdążyłem się skrzywić, pani pospieszyła z wyjaśnieniem - ono jest jeszcze za młode, ale na pewno już teraz poczułeś potencjalną głebię tej goryczy. Kiwnąłem głową...
- Ile czasu ono musi leżakować?
- Około 10 lat - odpowiedziała pani.
- Czyli zostało jeszcze siedem?
Pani skinęła głową. No to ja tyle nie dożyję - roześmiałem się z ulgą czując, że $29 zostało mi w kieszeni. Okazało się, że białe wino dojrzało do konsupcji więc po kupnie dwóch butelek bilans wyszedł i tak na minus.
Sylwia spieszyła sie na pokaz malowania więc podrzuciła mnie do stacji kolejki. Dojechałem do bliskiej naszego domu dzielnicy Box Hill gdzie miałem się przesiąść do autobusu. Nigdy nie robiłem tu takich przesiadek bo przyjeżdżam tu rzadko a do tego na rowerze. Na tabliczce informacyjnej pisało - Buses 120m. Zrobiłem kilka kroków i ugrzązłem w tłumie. Kiedy ja byłem ostatni raz w wielkim tłoku? Chyba w podziemnym przejściu w Sapporo. Ale nie to nie był taki tłum on był mniejszy proporcjonalnie do stosunku ilości mieszkańców Japonii do Chin. Bo tu byli sami Chińczycy. Po kilku krokach straciłem poczucie odległości i kierunku. Kogo tu się spytać o drogę? Kto tu mówi po angielsku? O, apteka. W środku kłębiły się trzy długie kolejki, Klienci i ekspedientki przekrzykiwali się, podawali sobie nad głową recepty i pojemniki z jakimiś suplementami. Spróbowałem u jubilera. Tu nie było tłoku - bus stop? - spytałem. This way - wskazała espedientka - and later... which hand? - spytała pokazując na moją prawą rekę.  Right - odpowiedziałem. And later right - potwierdziła triumfalnie. Rzeczywiście znalazłem kolejną wskazówkę. Dojechałem do domu.
Przygotowałem sobie lunch. Konsumując pomyślałem - w momencie gdy ten Polo Merlot dojrzeje całe Melbourne będzie wyglądało jak to centum handlowe w sobotnie południe. Jak to dobrze, że ja już nie muszę takiego wina kupować.
Tagi: Melba
14:16, pharlap , Melbourne
Link Komentarze (3) »
piątek, 18 maja 2012
Zaręczyłem się
Wypisywałem różne wykręty na temat powodów mojej słabej aktywności na tym blogu, ale nie ma co dłużej ukrywać. Tym bardziej, że moja żona przyjęła tę wiadomość dość spokojnie. A wiadomość była jak w tytule.
Zacznijmy jednak od początku. Wiecie jak to jest w blogowym świecie - człowiek przypadkiem zajrzy tu, zajrzy tam, i ani się spostrzeże jak wpadnie w sieci. Ja wpadłem w sieć utkaną przez Panny Roztropne - patrz TUTAJ... kolejny wpis TU
Nic więc dziwnego, że dwa dni temu miałem taki sen.. zajechałem antycznym kabrioletem pod okazały dom. To był sportowy samochód z lat 30. ubiegłego wieku. Przed domem czekali na mnie dwaj znajomi panowie, którzy pomogli mi odpiąć od samochodu przyczepiony tam niewielki kuferek z rzeczami osobistymi. Weszliśmy do domu, którego wnętrze okazało się dużo większe niż zewnętrzna skorupa. Wielkie salony rozświetlone ogromnymi kandelabrami, długie stoły nakryte na biało, elegancko ubrani panowie. Zorientowałem się, że to wszystko byli Żydzi - czarne ubrania, długie brody, kapelusze na głowach, gdzie niegdzie lisie czapy. Odruchowo dotknąłem własnej głowy.. była nakryta mycką. Poczułem się niepewnie bo na moim krótko ostrzyżonym jeżu mycka trzyma się bardzo słabo...



Na dodatek byłem niewłaściwie ubrany na taką (właściwie jaką?) imprezę. Rozejrzałem się za swoim kuferkiem, ale w tym momencie ktoś wziął mnie pod ramię, szepnął - narzeczona czeka - i pociągnął do drugiej sali. W tej sali były same kobiety, wszystkie w długich białych sukniach. Nieznajomy podprowadził mnie do kobiety stojącej w środku sali. Twarz miała zasłoniętą woalką. Kto to może być? Serce zabiło mi gwałtownie, może to moje sympatie, którym wysłałem gorące wiersze na Walentynki - donna Anna lub pani Agnieszka..? Uchylono woalkę - to była nieznana mi osoba chociaż wydało mi się, że tę twarz widziałem już kiedyś na zdjęciu. Pocałowaliśmy się dość przelotnie w policzki, narzeczona opuściła woalkę a mnie ktoś pociągnął do następnej sali. Siedziały tam dziewczynki w białych strojach i szykowały jakieś ozdoby i dekoracje śpiewając przy tym tęskne pieśni. Z kolejnej sali dobiegały dźwięki klezmerskiej muzyki a przez uchylone drzwi zauważyłem chłopców tańczących w kole.
Wyszedłem do ogrodu. To nie był ogród, ale otwarty teren otoczony wzgórzami z przyklejonymi do nich domkami. Nagle poczułem bliskość mojej narzeczonej, stała przy mnie z odsłoniętą woalką.. jak TU. Poczułem na sobie ciężar odpowiedzialności... 
- Powiedz mi cos o sobie, czy Ty już pracujesz, czy może jeszcze studiujesz? 
- O nie, ja już mam ukończone dwa fakultety. Ale nie myślę o pracy. Teraz najważniejsze będą dzieci, rodzina. Przecież ja jestem jeszcze młoda, potrzebuję trochę radości w życiu!
Przytuliliśmy się i trwaliśmy tak w milczeniu.. aż się obudziłem.

Dzieci, narzeczona która potrzebuje radości? Jak ja sobie dam z tym radę? Z mojej emerytury? Dobrze, że chociaż żona pomoże, ale chyba będę musiał poszukać pracy. A tu jeszcze ślub... nawet nie wiem kiedy. Chyba będę musiał przedtem dać się obrzezać? Nie dziwcie się jeśli moje wpisy będą się ukazywały niezbyt regularnie.
wtorek, 15 maja 2012
Wyjście z dziury
Wyglądało na to, że mój blog wpadł w czarną dziurę. Żadnego wpisu przez ponad tydzień. Wytłumaczeń jest kilka, ale najpoważniejsze chyba to, że jak się czyta dobrze napisane książki, to czasami odchodzi chęć do pisania.
Ta dobrze napisana książka to Bliss Petera Carey. Książka jako całość nie jest aż taka dobra, ale jej główne wątki mnie oczarowały. Przyznam się, że lubię czasem jak autor pozostawia mnie w ciemności, inaczej mówiąc - jak nie rozumiem do końca tego o czym pisze.  Tak bywa z książkami T. Manna gdy traktują o muzyce. Tak jest z Blissem, gdy opisuje sceny ze świata producentów i handlarzy narkotykami, prostytutek czy z domu wariatów. Przypomina mi się Ulica Nadbrzeżna Steinbecka, w której autor zauważa, że gdy na takich ludzi spojrzeć z bliska to można ich uznać za bohaterów, święte i męczenników. Myślę, że jednak dobry jest pewien dystans, dokładnie taki jaki wyznaczył mi Peter Carey.
Jednak wracam do rzeczywistości a tu coś miłego. Sponsorzy mojego marszu na rzecz osób cierpiących na stwardnienie rozsiane (MS) pozwolili mi przekroczyć mój wstępny cel $400. Podniosłem więc poprzeczkę, do marszu jeszcze 2.5 tygodnia.
poniedziałek, 07 maja 2012
Czarna dziura.
Obejrzałem wczoraj film Agnieszki Holland - W ciemności. Moja australijska synowa zdziwiła się - to temat Holocaustu nadal pojawia się w filmach?
To nie było całkiem naiwne pytanie. Moim zdaniem filmy takie jak Life is beautiful i Inglorious Basterds zwiastowały zmęczenie tematem. Oba filmy odważyły się wpleść groteskę i paradoks w jedną z najwiekszych zbrodni i tragedii w dziejach ludzkości. Czy po tych filmach da się jeszcze zrobić wartościowy film na temat Holocaustu? Może się da, ale po co?

Po spotkaniu z Normanem Daviesem, który nawoływał Polaków do przypominaniu światu o naszej historii ostatnich kilkudziesięciu lat, patrzyłem na tę sprawę mniej z artystycznej a więcej z patriotycznej strony.

Początek filmu przerwał te rozważania, nastąpiła tytułowa Czarna Dziura. Nie jestem w stanie oglądać okrucieństw. Wielokrotnie zasłaniałem oczy. Chciałem wyjść z sali, ale powstrzymywała mnie myśl, że może to być opacznie zrozumiane przez widzów. Miałem nadzieję, że film wkrótce się skończy, jak na złość trwał wyjątkowo długo. Po filmie nie zatrzymałem się na rozmowy ze znajomymi, chciałem jak najszybciej być sam w domu.
Pokaz filmu był organizowany przez Stowarzyszenie Żydów Polskich i Ich Potomków, tak że praktycznie był niedostępny dla rodowitych Australijczyków. Widownia nie była przepełniona. Wychodząc usłyszałem następujący komentarz:
- To jest kultura Hollywood - roztkliwiać się nad wyjątkami. A tego, że wymordowali 2 miliony to się w Hollywood nie pokaże.
Czyli obie zainteresowane strony pozostały na swoich pozycjach.
03:01, pharlap , Filmy
Link Komentarze (4) »
piątek, 04 maja 2012
Pomieszane tradycje
Mój, przybyły przed kilkoma miesiącami z Polski, kuzyn był zaskoczony (pozytywnie) masowym udziałem Australijczyków w ceremoniach ANZAC Day. To chyba typowe dla młodych narodów - skomentował wspominając przy okazji obchody 4 lipca w USA.
Święta racja. Polskie Święto Narodowe Trzeciego Maja zaczęto obchodzić w dopiero w 1919 roku czyli też przez młode państwo. 
Silne poczucie państwości ujawniło się dopiero w XIX wieku. Pewnie dlatego Francuzi na święto narodowe wybrali 14 lipca choć swój złoty wiek mieli wcześniej a zdobycie Bastylii, a raczej Rewolucja Francuska, miała chyba większe znaczenie dla świata niż dla samej Francji.

Z dzieciństwa pamiętam pochód 3-majowy. Z informacji w wikipedii wnioskuję, że musiał to być rok 1946. Potem były pochody 1-majowe, w których (poza dwoma szczególnymi przypadkami) nie uczestniczyłem. Jak więc się dziwić, że nie przekazałem tej tradycji swoim dzieciom? Michał poznał ją dopiero w Australii, w polskim harcerstwie. 

Swoją drogą zaskoczyła mnie popularność 1 Maja w obecnej Polsce. Dla mnie i mojej rodziny było to święto narzucone przez komunistów. Rozumiem, że na dzień wolny od pracy każda okazja dobra, ale udział wielu organizacji w imprezach 1-majowych?? Nie rozumiem. Więcej - TUTAJ.

Kilka tygodni temu Feliks i Matylda zostali zapisani do zuchów. Wczoraj miałem z nimi dłuższe spotkanie. Na próbę spróbowałem zaśpiewać im tradycyjnie - Czerwony pas..
Matylda natychmiast mi przerwała..
- Satelita, satelita nasz, po orbicie krąży, blada jego twarz!
- Ha-ha-ha-ha-ha - wtórował jej Feliks. A pamiętam, pamiętam.. to na pamiątkę radzieckich sputników. Tak to tradycje się mieszają.
Tagi: 3 Maja
08:46, pharlap , Refleksje
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Norman Davies - pragmatyzm
W niedzielę odbyło się w Melbourne publiczne spotkanie z prof Normanem Daviesem historykiem bardzo zasłużonym w propagowaniu historii polskiej w świecie.
Nie potrafię relacjonowac faktów, zawsze się okazuje, że zwróciłem uwagę na coś co się w ogóle nie wydarzyło. Tak więc ograniczę się tylko do kilku marginesowych obserwacji, które również mogą się okazać wyłącznie moimi wymysłami.
Spotkanie było prowadzone w formie publicznej dyskusji. Dla przełamania lodów rozpoczęło się od wspomnienia, że głęboki związek N. Daviesa z Polską był dziełem przypadku. N. Davies wybierał się z grupą studentów do Związku Radzieckiego, aby zapoznać się z metodami pedagogicznymi w tamtejszych szkołach. Nie dostali wizy więc spróbowali szczęścia w polskim konsulacie w Londynie. Tam usłyszeli komentarz, że skoro nie dostali wizy do ZSRR to będą w Polsce szczególnie mile widziani.
Kolejny niezwykły zbieg okoliczności to fakt, że pierwsza książka N. Daviesa - God's Playground (Boże igrzysko) ukazała się w Anglii na drugi dzień po ogłoszeniu stanu wojennego w Polsce. Można sobie wyobrazić jakie w tym momencie było zapotrzebowanie na jakąkolwiek informację o Polsce.
W ten sposób N. Davies wrósł w sprawy polskie. Ożenił się z Polką. Na spotkaniu mówił wyłącznie po polsku. Nie była to płynna polszczyzna, ale jednak, używając skali papieskiej, była bliższa Janowi Pawłowi II niż Benedyktowi XVI.

Moją uwagę zwróciło kilka wypowiedzi N. Daviesa...
Ignorancja świata w dziedzinie najnowszej historii Polski nie jest wynikiem niczyjej złej woli lecz tym, że władze PRL ukrywały tę historię przed światem.

Szanse Powstania Warszawskiego - tak jest - Roosevelt i Churchill, nie postąpili jak sojusznicy. Gdy premier Mikołajczyk przybył do Moskwy w przeddzień Powstania na spotkanie ze Stalinem, ambasadorowie USA i Anglii oznajmili mu, że uzyska ich poparcie tylko w przypadku gdy uzna, że zbrodnia katyńska jest dziełem Niemców. Nie zgodził się, poparcia nie uzyskał i w rezultacie Stalin potraktował go z lekceważeniem. N. Davies starał się nieco wytłumaczyć stanowisko Churchilla - Anglia była w ruinie, szykowało się, że Churchill przegra nadchodzące wybory. Roosevelt traktował również jego z wyższością.

Okrągły Stół.. Solidarność podjęła decyzję, że konflikt zostanie rozwiązany bez rozlewu krwi, cała reszta jest wynikiem tej decyzji. Wszyscy obywatele powinni być traktowani jednakowo, bez względu na swoje poprzednie zapatrywania.
Tu dygresja - pod koniec lat 80-ych nie można było w Polsce znaleźć komunisty. Doktorantka z USA zwróciła sie do N. Daviesa o pomoc w tej sprawie. Załatwił jej kontakt z członkiem Biura Politycznego PZPR. 
- Pan jest komunistą! - powitała do radośnie doktorantka. 
- Proszę pani, ja jestem pragmatykiem - brzmiała odpowiedź.

Lustracja.. to jest rzecz normalna w każdym demokratycznym kraju. Osoby ubiegające się o istotne stanowiska w instytucjach rządowych są z urzędu poddawane lustracji. Wg N. Daviesa sposób przeprowadzenia lustracji w Polsce był skandaliczny - przyjęto punkt widzenia aparatczyków SB.

Komentarz z sali - uważam za skandaliczne, że nazwał pan sektą główną partią opozycyjną w Polsce...
Odpowiedź - jeśli partia polityczna, mogąca swobodnie działać w demokratycznym systemie parlamentarnym, oznajmia, że jest jedyną partią reprezentującą patriotów, wszyscy jej przeciwnicy nie są patriotami, to działa nie jak partia polityczna, ale jak sekta.

Im dalej w las tym więcej mi się przypomina, zakończę więc lepiej tutaj.

sobota, 28 kwietnia 2012
Czesi mnie czeszą
Chyba coś się pomyliłem w tytule, zaraz... jak to miało być? Ciesi mnie cieszą? No już sam nie wiem, chodzi mi o to , że Czesi sprawiają mi radość, przełóżcie sobie to sami...  na czeski.
Ta radość, a może zazdrość, ogarnęła mnie kilka dni temu, gdy w australijskim dzienniku telewizyjnym pokazano migawki z potężnej manifestacji w Pradze. To był protest przeciwko cięciom budżetowym. W tym samym czasie, w wiadomościach z Polski pokazywano też demonstracje, kolejno - pod pałacem prezydenckim w rocznicę katastrofy smoleńskiej (chociaż niewtajemniczony mógłby pomysleć, że chodziło o coś innego), w Krakowie w rocznicę pogrzebu pary prezydenckiej na Wawelu (chociaż niezorientowany mógłby pomysleć... ), w Warszawie w sprawie zupełnego braku orientacji co do licencji dla telewizji Trwam (chociaż nietutejszy mógłby pomyśleć, że jak dogadają się dwa Ziobra, to już połowa kłopotów za nami.. ).

Moja radość wynikała z tego, że w Polsce nie ma najwidocznie takich problemów społeczno-ekonomicznych jak w Czechach. Zazdrość zaś z tego, że Czesi najwidoczniej mają chody w tutejszej TV, bo podaje w głównych wiadomościach bylejaką informację z Pragi a ignoruje, nasze, polskie, żywotne interesy. Normalny rozbój na prostej drodze!
Gdy o rozboju mowa, to przypomniała mi się piosenka Mackie Majchra z Opery za trzy grosze. Tak, Louis Armstrong śpiewa to świetnie, ale mnie się w tym miejscu przypomina czeskie wykonanie z filmu Lemoniadowy Joe. Szczególnie te słowa :
Żralok zuby ma jak noże...
Mackie Messer o moj Boże..
Słowo żralok to oczywiście po czesku rekin. No czyż już na samo brzmienie tego słowa nie dostajecie gęsiej skórki? Ja na dodatek  się cieszę. Jak w tytule.
10:49, pharlap , Fakty
Link Komentarze (3) »
środa, 25 kwietnia 2012
ANZAC Day
Dzisiaj świętujemy ANZAC Day, rocznicę bitwy pod Gallipoli w 1915 roku. O historii tego wydarzenia pisałem TUTAJ. Michał z rodziną rokrocznie przychodzą o świcie pod Shrine of Remembrance, tutejszy Grób Nieznanego Żołnierza. 
Od kilku dni pogoda odbija sobie z nawiązką za rozkosze przedłużonego lata. Godzina 5 rano, ciemno, zimno, leje deszcz, a dziadek wyrusza w drogę. Już 2 kilometry od centrum miasta na ulicach robi się ciasno. Znajduję miejsce dla samochodu i maszeruję dalej piechotą. Coraz więcej ludzi, pogoda nikogo nie zraziła. Znajduję moją dzielną piątkę. Matylda jest wyraźnie niezadowolona, Ambroży nieco zdezorientowany. W skupieniu wysłuchują Apelu Poległych poczym, po chwili refleksji, idziemy na żołnierskie śniadanie i obowiązkowy Anzac biscuit
Dzieci dostają jeszcze po starej monecie w nagrodę za swoją wytrwałość i pora do domu - rowerami. Sarah pcha w rikszy Matyldę i Ambrożego, Michał i Feliks pojadą za nimi. Dziadek musi pomaszerować 2 kilometry do samochodu.
Pokaz slajdów z dzisiejszego poranka jest TUTAJ.
W chwili gdy to piszę w ciepłym i suchym domu, w mieście odbywa się parada weteranów. Polacy, nie bez trudu, wywalczyli sobie prawo udziału w Anzac Parade. Poniżej zdjęcie Polskich Szczurów Tobruku sprzed kilku lat..



.
niedziela, 22 kwietnia 2012
Zejścia ze sceny
W ostatnim tygodniu dowiedziałem się o dwóch śmierciach. Pierwsza to pływak - Murray Rose. Jakże on mi się wbił w pamięć podczas olimpiady w Melbourne w 1956 roku! On i tenisista Lew Hoad stali się dla mnie symbolami Australii - otoczonej wodą, wysportowanej, zamieszkanej przez białych ludzi. Murray Rose zdobył 6 medali olimpijskich, w tym 4 złote. Jego koronnym dystansem było 400m stylem dowolnym. Zdobył na tym dystansie złote medale w Melbourne i Rzymie. Był stuprocentowym kandydatem na złoto w Tokio, przed igrzyskami ustanowił nowy rekord świata na tym dystansie. Nie przewidział jednej rzeczy - studiował wtedy w USA i był przekonany, że rekord świata zapewni mu miejsce w reprezentacji Australii i nie pofatygował się na wyścigi kwalifikacyjne. Dura lex sed lex - Murray Rose nie pojechał po trzeci złoty medal do Tokio. Zamiast niego zdobyła go Dawn Frazer , na 100m stylem dowolnym. Ale i ona naraziła się działaczom. Po zwycięstwie w Tokio, będąc w stanie zamroczenia alkoholowego, ukradła flagę olimpijską sprzed pałacu cesarskiego, za co została zdyskwalifikowana na wiele lat i nie zdołała się przygotować do czwartego podejścia do złota.
Murray Rose chorował na leukemię i już na długo przed śmiercią, zarówno on, jak i jego bliscy byli do niej przygotowani.

W ostatni piątek odwiedziliśmy kawiarnię prowadzoną przez naszego znajomego. Obserwując, jak się krząta przy ladzie skomentowałem - man at work. 
- O, jest chyba taki zespół muzyczny - odpowiedział znajomy.
Zespół wspomniano w wieczornym dzienniku. Greg Ham, flecista zespołu, został znaleziony martwy w swoim domu. Greg cierpiał na depresję, do której mocno przyczyniło się oskarżenie o plagiat potwierdzone wyrokiem sądowym. 
Posłuchajcie sztandarowej piosenki Mężczyzn w pracy. Kontrowersyjny plagiat zaczyna się w 47. sekundzie, flecista rodem ze Snu nocy letniej to właśnie Greg Ham. Szkoda, że nam już nie zagra.
sobota, 21 kwietnia 2012
Homo politicus
Spotkaliśmy wczoraj przelotem znajomego. Jak na dziadków przystało skierowaliśmy rozmowę na temat wnucząt. Znajomy się pochwalił: a moja dwu-i-cośtam letnia wnuczka już mówi: samolot, Mucha...
Zdrętwiałem - takie małe dziecko i już się orientuje, że właśnie minął początek kwietnia a za 50 dni rozpoczną sie Euro2012. A gdzie i kiedy beztroskie dzieciństwo?
   
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 110
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31