niedziela, 29 stycznia 2012
Nieformalne talenty
Od czwartku do soboty mieliśmy pod opieką Feliksa. Nie było to zbyt ciężkie zajęcie, gdyż w tym czasie spędzał 6 godzin dziennie na obozie baletowym. Zajęcia mieli tam przeróżne - balet klasyczny, jazzowy, taniec charakterystyczny, taniec w wodzie, rzemiosło artystyczne (arts craft) czyli wyszywanie wzorów na płóciennych torbach. Z jakim skupieniem on to wyszywał :)
- On świetnie szyje - pochwaliła go instruktorka.
- Wiem - potwierdziłem.
- Ale on NAPRAWDĘ świetnie szyje - podkreśliła widocznie uznając moją odpowiedź za zbyt obojętną.
Nowy rok szkolny zapowiada się bogato gdyż Feliksa zaakceptowano do Australian Boys Choir. Na przesłuchanie skierowala go nauczycielka gry na pianinie, która zwróciła uwagę na jego dużą muzykalność. Tu znowu mogłem dość obojętnie powiedzieć - wiem - gdyż próbki tej muzykalności znam z jazd samochodem podczas których Feliks śpiewa oraz układa własne aranżacje piosenek śpiewając drugim głosem. Jednak moja synowa nie byla taka pewna gdyż jednym z punktów przesłuchania był test umiejętności czytania, której to umiejętności, Feliks, z powodu nadmiaru innych zainteresowań, nie posiadł.
Gdyby on chodził do "normalnej" szkoły, w której dzieci poddawane są regularnym testom, to by go przesunęli do grupy cofniętych w rozwoju - wyjaśnia mi synowa - po czym oboje się śmiejemy gdyż każdy, po 2 minutach rozmowy z Felkiem, zorientuje się, że jest to wyjątkowo bystre dziecko. No, ale jak się testuje, to nie ma się czasu na rozmowy.
Przed Świętami Feliks złożył nam ofertę na dostawę świeżych jajek w cenie $6 za tuzin. Moje jajka będą zdrowe i smaczne, bo pochodzą od szczęśliwych kur - uzasadnił. Ofertę przyjęliśmy, dostawy rozpoczną się w lutym. Podczas ostatniej wizyty spytałem go, co on robi żeby te kury były szczęśliwe.
Dziadzia, te kury to hoduje mój drugi dziadek, i ja kupuję od niego jajka po $2 za pudełko. Tak mnie to rozśmieszyło, że zapomniałem już o szczęściu kur.
Po testach w chórze zapytałem:
- Feluś, a jak ty sobie dałeś radę z czytaniem?
- Dziadzia, ja im opowiedziałem co tam było na obrazku. A jak grali na pianinie, to ja wyśpiewałem najwyżej z wszystkich!
No przecież wiedziałem.
PS. Feliks uczęszczą do szkoły Steinerowskiej, w Polsce nazywają się one szkołami waldorfskimi .
sobota, 28 stycznia 2012
Szklanki z charakterem
Wizyty w sklepie jako klient to u mnie rzadkość. Jednym z wyjątków są zakupy świątecznych prezentów. Podczas jednej z takich wizyt zdarzyło mi się coś nieprawdopodobnego - kupiłem coś czego nie było na liście zakupów. Kupiłem ot tak - kierując się chwilowym impulsem. 
Kupiłem szklanki !
Czasami są one ze sobą w zgodzie...



Czasami w niezgodzie..



Jak z powyższego widać są to szklanki przechylne... a czasami nawet przychylne..



.
piątek, 27 stycznia 2012
Braterskie zderzenie.
Brak mi inspiracji do pisania blogu. Na froncie rodzinnym spędzamy sporo czasu z wnuczętami, ale dzieci wyrosły już z okresu komicznych zachować i powiedzeń. Intelektualnie - krążę po obrzeżach filozofii, ale czuję się tam dość obco. Fizycznie - szkoda mówić. 
W rezultacie wyjątkowo często spoglądam na transmisje z Australian Open oraz słucham wywiadów z dawnymi gwiazdami australijskiego tenisa. Te gwiazdy - Laver, Rosewall - to tak normalni ludzie, że można się tylko uśmiechnąć na wspomnienie tych dobrych czasów, kiedy sport, to był tylko sport, nic wielkiego. Z oglądaniem telewizji nie przesadzam, może pół godziny dziennie. Dla mnie to i tak bardzo dużo. Najsympatyczniejsi wydają mi się bracia Bryan. W Melbourne wystąpili w koszulkach z wymalowanymi na plecach szelkami, jak w roboczym kombinezonie. Ich popisowy numet to braterski skok po wygranym meczu - popatrzcie TUTAJ
Tagi: Tenis
12:51, pharlap , Refleksje
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 stycznia 2012
Poranek na rowerze
W poniedziałek znowu była piękna pogoda. Temperatura miała dociągnąć do 34 stopni więc dość wcześnie wskoczyłem na rower. W związku z tym na trasie napotkałem licznych rowerzystów jadących do pracy...



To wcale nie wyglądało tak miło jak na powyższym zdjęciu. Oni jechali dużo szybciej i chyba znajdowali przyjemność w wyprzedzaniu mnie tak blisko, że pewnie czuli ciepło mojego ciała - przyjemność drapieżnika chwile przed uderzeniem ofiary. Do uderzenia nie dochodziło, ale ja czułem się podwójnie jak ofiara - fizyczna, bo jechałem tak wolno i psychiczna, bo te zbliżenia mocno mnie wytrącały z równowagi, psychicznej i fizycznej. W chwilach oddechu spogladąłem na rzekę, gdzie ćwiczyło sporo wioślarzy - tym to dobrze..



Na szosie robił się lekki tłok..



Jeszcze spojrzenie do tyłu...



.. i do przodu..



I znowu ląduję pod centrum tenisowym. Do pierwszego meczu pozostało sporo czasu, ale bardziej pilni kibice już czekają na otwarcie bram...



W drodze powrotnej, zarówno na ścieżce rowerowej, jak i w pociągu nie było już tłoku. Wesołe jest życie staruszka :)
A przy okazji... w niedzielę widziałem migawkę z Australian Open relacjonującą konflikt między Czechem Berdychem i Hiszpanem Almagro. Berdych, po meczu, nie podał Hiszpanowi ręki za co został okrutnie wygwizdany. Przypomniało mi to wywiad z byłymi gwiazdami australijskiego tenisa - Fraserem i Emersonem, którzy wspominali dawne czasy. W okresie tenisa amatorskiego, za zwycięstwo w Australian Open, Emerson (a może Fraser), otrzymał królewską kwotę 10 funtów. Nie jako wynagrodzenie, na pokrycie kosztów podróży i zakwaterowania. Gdybym dostał 2.5 miliona dolarów to przestałbym grać w tenisa - żartował. W sumie byli pełni uznania dla klasy sportowej obecnych tenisistów, ale...
Kiedyś, po meczu, zawodnicy kłaniali się publiczności, dziękowali sędziemu i razem, ramię w ramię, szli do szatni. Cóż to za dziwny zwyczaj żeby przegrany pakowal się i samotnie opuszczał korty, a zwycięzca udzielał wywiadu?
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Pożytek z facebook
Jestem dość konserwatywnym użytkownikiem facebook, ale w sumie jest to dla mnie sympatyczne urządzenie. Poza możliwością wyrażenia tam swojego zadowolenie z sukcesów Justyny Kowalczyk znajduję czasami coś praktycznego, na przykład ten sposób obierania czosnku. Jedyne zastrzeżenie, to że my chyba nigdy nie używamy całej główki czosnku.
Jeśli ktoś ma skłonności do płaczu przy obieraniu czosnku lub cebuli, to być może doprowadzi go również do łez ta wiadomość. O ile zdołałem zrozumieć, kanadyjska policja odkryła farmę marihuany strzeżoną przez niedźwiedzie grizzli. Istotne jest to, że farma znajdowała się w zachodniej Kanadzie, na granicy z Europą. Jak z tego widać znajomość geografii może przeszkadzać we właściwym wypełnianiu funkcji spikerki telewizyjnej.
09:27, pharlap , Fakty
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 stycznia 2012
Granice języka
We wspomnianym ostatnio artykule filozoficznym znalazłem zdanie:  "Jeśli potrafimy znaleźć granice języka, wówczas będziemy wiedzieć jakie pytania filozoficzne możemy zadać".

Logiczne. Na przykład w większości języków świata nie istnieje słowo "religia", albo "bóg", oczywiste więc, że do czasu przybycia misjonarzy, poprzedzonego przybyciem uzbrojonych kolonizatorów, nie dyskutowano tam na takie tematy. Po przybyciu misjonarzy też nie dyskutowano, ale już z innych powodów.

Za sprawą mojej synowej, "bionicznej matki", zastanawiam się trochę nad strefą porozumienia poza granicami języka. Oczywistym przykładem jest niemowlę, a nawet, a może jeszcze bardziej,  nienarodzone dziecko.
Przecież ono porozumiewa się nieustannie, najpierw z matką, potem z najbliższym otoczeniem. Oczywiście oczekujemy momentu, gdy dziecko zacznie mówić, cieszymy się z pierwszych, nieporadnych słów. Ale czy zdajemy sobie sprawę, że oznacza to zaprzepaszczenie szansy na "wysłuchanie" tego, co dziecko ma nam do powiedzenia? Mam na myśli bogactwo wiedzy i doświadczeń dziecka, które nie poznało jeszcze granic języka dorosłych.

A cóż takiego może ono wiedzieć? Według mnie bardzo dużo, może zna tajemnicę budowy kropli matczynego mleka? A może budowę ludzkiego systemu immunologicznego? Może sekrety działania różnych hormonów? Może sposoby porozumiewania się bez pomocy słów? Nie słyszałem, aby ktoś próbował wyjść poza granice naszego języka, może szkoda, a może nie, gdyż wtedy otworzyłoby to nową krainę do skolonizowania według naszych praw i prawd.

Sarah powiedziała mi jeszcze jedną rzecz: dziecko pamięta przez kilkanaście miesięcy swoje przednarodzinowe doświadczenia. Kłopot w tym, jak skłonić je do ich opowiedzenia bez zasugerowania odpowiedzi.
Opowieść Feliksa brzmiała tak: .. pamiętam, że było mi ciepło i bardzo dobrze, i że cały czas trzymałem kamyk w ręce.
- Jaki kamyk?
- No... kamyk.
- I gdzie go masz? Co z nim zrobiłeś?
- Zostawiłem go tam, dla mojej siostry.

Z góry, a właściwie już z dołu, uprzedzam, że Feliks to wielki fantasta i wystarczy mu najmniejsza wzmianka, aby zbudować niezwykłą opowieść. Matylda nie była rozmowna na ten temat. Cytując powyższe stosuję się do maksymy Marka Twaina - opowieść nie musi być prawdziwa, ważne, aby była ciekawa.
A zresztą, gdzież jest prawda? Chyba się zgodziliśmy, że na to pytanie nie da się odpowiedzieć w naszym języku.
czwartek, 19 stycznia 2012
Klub Zmarłych Filozofów Niemieckich
Rok niby zaczął się świetnie, moje pierwsze wpisy to kąpiele morskie, jazda na rolkach, na rowerze, słońce i sport. Tak naprawdę jestem jednak w marudnym nastroju. Wczoraj dowiedziałem się możliwej przyczyny - przecież ta pełnia lata dookoła to tylko radosna przykrywka smutnego faktu, że już od kilku tygodni ubywa dnia. 
To wyjaśnienie podniosło mnie nieco na duchu i zabrałem się do pisania. Aby jednak pozostać na bezpiecznym terytorium, postanowiłem napisać o zmarłych, no bo w tym rejonie istnieje pewien amortyzator w postaci zasady - o zmarłych tylko dobrze lub wcale. Żeby było jeszcze łatwiej, to zamiast pisać coś od siebie, spróbowałem zrobić tłumaczenie żartobliwego artykułu z angielskiego magazynu Philosophy Now.
Na tym blogu dotykałem kilkakrotnie tematyki filozoficznej. Ze mną jest jednak taki kłopot, że nie mam cierpliwości aby przeczytać jakikolwiek tekst filozoficzny porządnie, od początku do końca. Filozofia przyciąga mnie ciekawymi, czasem paradoksalnymi konkluzjami. Niestety teoria otaczająca te konkluzje jest dla mnie zbyt obszerna i po prostu nudna. Dlatego ten wpis umieściłem w kategorii Językowe Igraszki a przetłumaczony przeze mnie artykuł dotyczy filozofa, który uważał filozofię za właśnie to - językowe igraszki. Wspomniał nawet, że filozofia to - język na wakacjach. Tłumaczenie artykułu - TUTAJ.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Australian Open
Dzisiaj rozpoczął się turniej tenisowy Australian Open. Wybrałem się więc na rowerze do centrum miasta. Po drodze zastanawiałem się nad faktem, że turniej ten rozgrywany jest nieprzerwanie od 1905 roku. Chodziło mi o ten brak przerw bo jednak turnieje w Wimbledonie i Rolland Garros zawieszono podczas II wojny. No cóż, szczęśliwy kraj. W połowie drogi minąłem trawiaste korty Kooyong, na których rozgrywano ten turniej do 1987 roku. Wreszcie zbliżam się do Rod Laver Arena. Mijam reklamę turnieju..



... i jestem na miejscu ..



Rozglądam się dookoła. Pierwsza sprawa, która przyprawia mnie stale o złość, to szkaradna "rzeźba" Roda Lavera...



Toż takich straszydeł nie sprzedają nawet na najgorszych odpustach. A to był naprawdę wielki tenisista, jedyny któremu udało się dwukrotnie wygrać w jednym roku wszystkie cztery wiekoszlemowe turnieje. Odwracam głowę z obrzydzeniem i patrzę gdzie indziej. Jest parking dla rowerów...



Coś mało osób z niego korzysta. Pociechą jest fakt, że miejsc do zaparkowania samochodu jest bardzo mało i większość ludzi korzysta z transportu publicznego. Natomiast brak parkingu dla koni...



Policjantki na swoich pojazdach kryją się w cieniu. Spory tłumek w kolejce do kas...



Nie zamierzam jednak oglądać tenisa "na żywo". Oglądałem trzy lata temu i to mi wystarczy. Zresztą i wtedy byłem tylko osobą do towarzystwa. Tak naprawdę to oglądałem tenis prawie 60 lat temu, w Sopocie. Ozdobą sopockich turniejów był Władysław Skonecki, który właśnie (1956r) wrócił na polskie korty. Co to był za tenis :) Obowiązkowo biale stroje, wielu panów w długich spodniach, w przerwach między setami zawodnicy orzeźwiali się mocną, gorącą herbatą. Wśród pań prym wiodła Jadwiga Jędrzejowska, finalistka Wimbledonu w 1937 roku.
Mnie się coś pokręciło w życiorysie.. gdy byłem młody spędzałem godziny na imprezach sportowych lub wylegując się bezczynnie na plaży, a teraz, gdy wypadałoby posiedzieć w klimatyzowanym domu przed telewizorem, ja się kręcę i marudzę :(
Czasem trafia mi się jednak drobna nagroda, taka jak widok tych dziewczyn..



Wracam do domu pociągiem gdyż robi się naprawdę gorąco. Szykuję sobie lunch i jednak oglądam tenis przez chwilkę, ale pod znieczuleniem ( piwo ). Australijski faworyt - Tomic - przegrywa pierwszego seta, Agnieszka Radwańska toczy wyrównaną walkę. Dobrze, dobrze, niech tam sobie zarabiają pieniądze podczas gdy emeryt odbędzie zasłużoną południową drzemkę.
Tagi: Tenis
06:50, pharlap , Sport
Link Komentarze (7) »
sobota, 14 stycznia 2012
BookCrossing
O bookcrossing dowiedziałem się już kilka lat temu. Idea jest prosta i sympatyczna - nie więź książki na swojej półce. Uwolnij ją, pozwól jej wędrować z rąk do rąk. W praktyce oznacza to pozostawienie książki w miejscu, w którym jest szansa na znalezienie chętnego czytelnika, który weźmie ją, przeczyta i ewentualnie puści dalej w obieg.
Internet dodał do tego nową jakość. Książkę można zarejestrować na stronie bookcrossing.com (polski adres TUTAJ) co daje szansę śledzenia jej dalszych losów. W wyniku rejstracji, książka otrzyma identyfikator, który można wpisać na odpowiedniej naklejce..



Osoba, która znalazła książkę może zarejestrować fakt znalezienia podając okoliczności i swój komentarz. W ten sposób, teoretycznie, może powstać całkiem ciekawa historia podróży książki pozostawionej na ławce w parku..  do czyjegoś domu,  do tramwaju, na lotnisko, do dalekiego kraju..
Bardzo mi się to spodobało, ale natrafiłem na poważną przeszkodę - znakomita większość książek, które posiadam, jest uwięziona dożywotnio. Z zasady nie kupuję książek, których nie zamierzam wielokrotnie czytać. Tak że jedyna szansa to książki, które dostałem w prezencie. Mam takich kilka, jedną właśnie uwolniłem... no niezupełnie. Nie mogę znaleźć odpowiedniego miejsca :(
Najbardziej oczywiste to biblioteka. Tyle, że do tego niepotrzebne żadne bookcrossing. To nie daje szansy na tę ekscytującą podróż książki. W bibliotece prawdopodobnie wpiszą książkę do księgozbioru jako dar, wątpię czy będą się kłopotać z rejestracją jej znalezienia. Tramwaj - wątpię czy ktoś ją weźmie do ręki, ludzie teraz bardzo podejrzliwi, pewnie pójdzie do śmieci. Mój syn radzi zostawić ją w jakiejś kawiarni odwiedzanej przez studentów czy cyganerię. To dobry pomysł, ale najpierw muszę taką kawiarnię znaleźć... Zaczynam szukać.
PS. Na etykiecie na zdjęciu wpisałem fikcyjny numer.
wtorek, 10 stycznia 2012
Biblia po macedońsku.
Dzisiaj rano pracowałem u św Wincentego. Przyjechałem trochę wcześnie, brama była jeszcze zamknięta a pod bramą czekała już jedna osoba. To pani, która pewnie ma stoisko albo sklepik z używaną odzieżą i regularnie zaopatruje się u nas. Zauważyła moją plakietkę z imieniem - Lech - to słowiańskie imię? - zapytała.
- Tak - polskie. 
- Oczywiście, widać że z kulturalnego kraju. Nie to co ta grecka hołota..
Z dalszego wywodu zrozumiałem, że ona pochodzi z Macedonii, to znaczy, przepraszam.. Grecja, przystępując do Unii Europejskiej, postawiła wymaganie, aby Unia nie uznawała nazwy Macedonia tylko FYROM - skrót od - Former Yugoslav Republic of Macedonia. Czyli po polsku - BJuRoMat - Była Jugosłowiańska Republika Macedońska. Patrzcie - ten polski skrót dużo ładniejszy od angielskiego - wiadomo słowiańska kultura :)
Europa się zgodziła. No i jak tu się dziwić, że potem Grecy przebrali miarę w swoich oczekiwaniach od EU? Za to Macedończycy nienawidzą ich mocno czemu dawała wyraz moja rozmówczyni, która nie nazywała krainy Homera i Arystotelesa inaczej niż - to południowe gówno.
Tam nie ma zadnej kultury, wiadomo że cała kultura europejska pochodzi od krajów słowiańskich - perorowała moja znajoma. Weż takie imię Eljasz - po angielsku Elijah - wymawia się Elajdża. Słyszysz to lajdża- to był kłamca  (lie - po angielsku kłamstwo). Słyszę ale w tych czasach nie było Anglii. Nie chodzi mi o laj tylko o ldża - lga.. Oczywiście - łże, łgarz - kiwam głową ze zrozumieniem. Znajomej rozjaśniają się oczy - słowiańskie porozumienie nawiązane.
A Mojżesz? ... no.. no .. znaczy możesz, zgadza się? Ano zgadza. A Rachel - po angielsku wymawia się Rejczel .. riecze - znaczy riecz.. No tak po rosyjsku riecz znaczy mowa a riecze to odpowiednik polskiego rzecze - mówi. 
A Dawid - wid.. widi! Macedonka już nawet nie czeka już na moje potwierdzenia.
Zaraz, zaraz.. ale to przecież wszystko Żydzi... - oponuję.
Macedonka spogąda na mnie z ironią - no przecież ci wykazałam jacy to Żydzi.
To co, to byłi Słowia...? Nie dokańczam pytania bo kierowniczka otwiera bramy sklepu, ale spojrzenie Macedonki wystarcza mi za odpowiedź.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 105
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31